Pomoc: Alkoholizm, Lekomania, Narkomania; Forum : Jak Pija Kobiety - Pomoc: Alkoholizm, Lekomania, Narkomania; Forum

Skocz do zawartości

Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Jak Pija Kobiety

#1 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 08 styczeń 2015 - 10:28

....<br><br><br><br><br><br><br><br><br><br><br>

#2 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 08 styczeń 2015 - 10:32

http://wyborcza.pl/m...ja_kobiety.html

#3 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 08 styczeń 2015 - 10:32

...

#4 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 14 styczeń 2015 - 18:27


Przy winie

Wisława Szymborska
Spojrzał, dodał mi urody,

a ja wzięłam ją jak swoją.

Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę.



Pozwoliłam się wymyślić

na podobieństwo odbicia

w jego oczach. Tańczę, tańczę

w zatrzęsieniu nagłych skrzydeł.



Stół jest stołem, wino winem

w kieliszku, co jest kieliszkiem

i stoi stojąc na stole.

A ja jestem urojona,

urojona nie do wiary,

urojona aż do krwi.



Mówię mu, co chce: o mrówkach

umierających z miłości

pod gwiazdozbiorem dmuchawca.

Przysięgam, że biała róża

pokropiona winem, śpiewa.



Śmieję się, przechylam głowę

ostrożnie, jakbym sprawdzała

wynalazek. Tańczę, tańczę

w zdumionej skórze, w objęciu,

które mnie stwarza.



Ewa z żebra, Wenus z piany,

Minerwa z głowy Jowisza

były bardziej rzeczywiste.



Kiedy on nie patrzy na mnie,

szukam swojego odbicia

na ścianie. I widzę tylko

gwóźdź, z którego zdjęto obraz.




#5 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 16 styczeń 2015 - 12:24


Alkoholik wstępuje w bramę niebios

Jaki będę, Ty wiedziałeś od początku.
I od początku każdego żywego stworzenia.

To musi być okropne, mieć taką świadomość,
w której są równoczesne
jest, będzie i było.

Żyć zaczynałem ufny i szczęśliwy,
pewny, że dla mnie co dzień wschodzi słońce,
i dla mnie otwierają się poranne kwiaty.
Od rana do wieczora biegałem w zaczarowanym ogrodzie.

Nic a nic nie wiedząc, że Ty z Księgi Genów
wybierasz mnie na nowy eksperyment,
jakbyś nie dosyć miał na to dowodów,
że tak zwana wolna wola
nic nie poradzi wbrew przeznaczeniu.

Pod twoim ubawionym spojrzeniem cierpiałem
jak liszka żywcem wbita na kolec tarniny.
Otwierała się przede mną straszność tego świata.

Czyż mogłem nie uciekać od niej w urojenie?
w trunek, po którym ustaje szczękanie zębami,
topnieje gniotąca pierś rozpalona kula
i można myśleć, że jeszcze będę żyć jak inni?
Aż zrozumiałem, że tylko błądzę od nadziei do nadziei
i zapytałem Ciebie, Wszechwiedzący, czemu
udręczasz mnie. Czy to próba, jak u Hioba,
aż uznam moją wiarę za ułudę
i powiem: nie ma Ciebie ni twoich wyroków,
a rządzi tu na ziemi tylko przypadek?
Jak możesz patrzeć
na równoczesny, miliardokrotny ból?

Myślę, że ludzie, jeżeli z tego powodu nie mogą uwierzyć,
że jesteś, zasługują w Twoich oczach na pochwałę.

Ale może dlatego, że litowałeś się bez miary, zstąpiłeś na ziemię, żeby doznać tego, co czują śmiertelne istoty.

Znosząc ból ukrzyżowania za grzech, ale czyj?

Oto ja modlę się do Ciebie, ponieważ nie modlić się nie umiem.

Bo moje serce Ciebie pożąda, choć wiem, że nie uleczysz mnie.

I tak ma być, żeby ci, którzy cierpią, dalej cierpieli, wysławiając
Twoje Imię.

Czesław Miłosz




#6 Użytkownik nie jest zalogowany   Majkel 

  • Wyświetl blog
  • Grupa: Moderators
  • Postów: 1325
  • Rejestracja: 16-październik 14

Napisano 16 styczeń 2015 - 13:31

Piękny...

#7 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 02 marzec 2015 - 10:05

Dołączona grafika &lt;img src="http://www.newsweek.pl/g/crop/560/415/newsweek/634325065994230000.jpg" class="" alt="" title="Ilona Felicjańska, fot PAP" border="0" /&gt;
Tak trzeźwieją kobiety. Felicjańska i inne opowiadają o swoim koszmarze
Wstyd jest silniejszy od wszystkiego. Jest tak dojmujący, że kobieta woli umierać powoli na trzustkę, wątrobę, serce, byleby tylko nie przyznać, że jest alkoholiczką.

Poszłam do szpitala w Warszawie i zrobiło mi się słabo. Nie mogłam uwierzyć w to, co mówiła ta kobieta. Nie miała więcej niż pięćdziesiąt lat. Siedziała przede mną blada i powtarzała, że to wszystko z nudów. Miała spojrzenie zbitego psa, długie palce, które trzęsły się tak, jakby miały za chwilę oderwać się od dłoni. Nie była w stanie nalać soku do kubka. – No, straciłam pracę, ale mąż pracował, nie było źle, ale się nudziłam, to trochę piłam. Potem tak się stało, że coraz więcej – mówiła nieskładnie. Pan doktor poprosił o rozmowę ze mną, bo chciał, żebym zrozumiała, o czym piszę. Nie mogłam uwierzyć, że tak wygląda niegłupia, niebrzydka, niestara, niebiedna Polka na odwyku. Miałam ochotę wykrzyczeć jej to, co pewnie nieraz usłyszała od męża i syna: „Nie mogłaś malować, biegać, czytać? Musiałaś z nudów pić?”.

Alkoholiczki mają najgorzej

Ale zanim cokolwiek z siebie wykrztusiłam, przypomniały mi się słowa Ewy Woydyłło, psychoterapeutki, jednej z najlepszych w Polsce specjalistek od uzależnień: „Gdy chorą kobietę usiłuję nakłonić do leczenia, często przypomina mi się historia o żabach, którą w dzieciństwie opowiedziała mi moja matka biolog. Gdy żaby włożymy do płytkiego zbiornika z zimną wodą, a następnie zaczniemy tę wodę bardzo powoli podgrzewać, doprowadzając stopniowo do wrzenia, to one nie zauważą, że woda staje się gorętsza i gorętsza. Aż w końcu giną wszystkie ugotowane we wrzątku” – napisała w książce „Sekrety kobiet”. Wstyd jest silniejszy od wszystkiego, jest tak dojmujący, że kobiety wolą umierać powoli na trzustkę, wątrobę, serce, byleby tylko nie przyznać się, że są alkoholiczkami.

„W Polsce kobiety alkoholiczki są traktowane gorzej od księży alkoholików”, napisała do mnie Ewa Bardecka po opublikowaniu w jednym z listopadowych numerów „Newsweeka” spowiedzi księdza Wiesława Kondratowicza „Ja, ksiądz alkoholik”. Ksiądz, chociaż w sutannie, to ciągle mężczyzna, ostro pijąca kobieta też ujdzie, ale alkoholiczka? „W tym słowie jest wszystko: patologia, prostytucja, głodne dzieci – jeśli kobieta mówi o sobie, że jest alkoholiczką, to tak, jakby mówiła o sobie, że jest szmatą, nikim”. Menedżerka jednej z łódzkich restauracji określiła to tak: „Kiedy czasem mówię na jakimś przyjęciu: nie, dziękuję, nie piję, jestem uzależniona, dostaję natychmiast ten look, to spojrzenie, jakbym była z półświatka. Ludzie, ja od jedenastu lat ciężko pracuję nad sobą i jestem z tego dumna! Jest XXI wiek, my, kobiety, możemy polecieć na Księżyc, ale przyznać się do uzależnienia, co to, to nie!”.

Ale dostałam też list, który wydawał mi się jakąś surrealistyczną, niewiarygodną bzdurą. Jakimś dowcipem. Dlatego zapytałam Sonię Geller, psycholog kliniczną i psychoterapeutkę, czy opisana historia jest prawdopodobna. Odpowiedziała, że tak. – A to, co zdarzyło się tej kobiecie, bardziej zagrażało jej życiu niż operacja, którą przeszła. Elżbieta napisała: „Obudziłam się po operacji woreczka żółciowego. Nie mogłam mieć z różnych względów robionej laparoskopii, nie będę się rozpisywać dlaczego. Stał nade mną mój mąż, syn i przyjaciółka. Patrzyli na mnie z wyrzutem i pytali: dlaczego nam nie powiedziałaś? Nie miałam pojęcia, czego im nie powiedziałam, bo o tym, że mam kamienie, przecież wiedzieli. Okazało się jednak, że nie o kamienie chodzi.

Przez te kilka dni, kiedy nie przyjmowałam w szpitalu żadnej dawki alkoholu, wpadłam w delirium. Krzyczałam podobno na swojego dziadka, żeby przestał poprawiać kołdrę, choć nikogo w pobliżu nie było, telepało mną tak, jakbym miała padaczkę. Lekarze bali się, że to reakcja alergiczna na któryś z leków, aż jeden z nich, mający doświadczenie z alkoholikami, krzyknął, że to reakcja na odstawienie alkoholu. W domu latami piłam codziennie trochę wina albo co drugi dzień, najpóźniej co trzeci. Tylko czasem się upijałam, najczęściej chodziłam na lekkim, przyjemnym rauszu. Do głowy mi nie przyszło, że mój system nerwowy już bez tej dawki alkoholu nie umie funkcjonować”. Elżbieta nie pije od czterech lat, ale ciągle słyszy to ciche tykanie bomby w sobie, gdzieś głęboko pod sercem. Ono będzie z nią zawsze, bo nie może sobie pozwolić na odbezpieczenie tej bomby. „Musiałabym się przyznać w pracy, rodzinie do uzależnienia, a to oznacza utratę twarzy. Niech pani coś napisze, niech pani coś z tym zrobi, nie chcę tak dłużej żyć”.

Kobiety wpadają szybciej

A przecież wydawałoby się, że bardzo dawno temu, bo w latach 60. ubiegłego wieku, amerykański lekarz czeskiego pochodzenia Elvin Morton Jellinek opublikował przełomową pracę „Koncepcja alkoholizmu jako choroby”, w której przedstawił, w jaki sposób dochodzi do uzależnienia od alkoholu głównie u mężczyzn. Dziś wiemy już, że kobiety szybciej niż mężczyźni się uzależniają, codzienne picie szybciej uszkadza ich wątrobę i serce, podwyższa ryzyko raka piersi i zaburzeń hormonalnych. Od ostatniej dekady wiadomo także, że kobiety w niczym nie ustępują mężczyznom w ostrym piciu. Polki nie różnią się zasadniczo od Francuzek, Niemek czy Brytyjek, które balują po pracy w korporacji tak straceńczo, z urwanym filmem, wymiotami i często demolowaniem lokalu, że dorobiły się nazwy tego stylu życia w krajach anglojęzycznych – ladette culture (ang. ladette – żeńska forma słowa koleś). Kolesiówy krzyczą po pracy: „zasuwamy ostro, chlamy na umór!” To ich hasło i styl życia. – Wlewają alkohol w siebie w takich dawkach, że tylko nieliczne z nich mają szansę trafić na odwyk. Ale te, które trafiają, stanowią i tak mniej więcej połowę grupy terapeutycznej – uważa prof. Martin Plant z University of the West of England w Bristolu, specjalista od uzależnień.

W Polsce jest podobnie. – Jeszcze trzydzieści lat temu, kiedy zaczynałam pracę, kobiety w grupie terapeutycznej trafiały się rzadko, czasem jedna, czasem dwie na całą grupę. Dziś jest pół na pół – szacuje Sonia Geller. To nie musi wcale oznaczać, że wówczas piły mniej, lecz że z powodów społecznych miały większe opory przed pójściem na leczenie. Coraz popularniejsze stają się dziś tylko kobiece grupy wsparcia AA, a w szpitalach powstaje coraz więcej kobiecych oddziałów detoksykacyjnych, które jeszcze dziesięć lat temu były rzadkością. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że trafiają na nie głównie Polki w wieku produkcyjnym, wypalone pościgiem za sukcesem, profesjonalistki z wyższych klas społecznych między 30. a 40. rokiem życia. Niestety, coraz liczniej dołączają do nich kobiety jeszcze młodsze – między 18. a 30. rokiem życia. Co dziesiąta kobieta w tym wieku pije dziś w Polsce w sposób destrukcyjny. – Polki, podobnie jak Amerykanki czy Brytyjki płacą dziś cenę uzależnienia od alkoholu za stres związany z bardzo silną konkurencją na rynku pracy. To uboczny efekt emancypacji – twierdzi Ewa Woydyłło. To kobiety, które bardzo długo potrafią funkcjonować na najwyższych obrotach i stanowiskach.

Alkohol jest niezbędnym dopalaczem, więc długo nie dostrzegają problemu. „Nikt nie myślał o mnie jako alkoholiczce. Moje sukcesy były maską, pod którą chowałam demony” – napisała w niedawno wydanej w USA książce „Understanding the High-Functioning Alcoholic” (Zrozumieć wysoko funkcjonującego alkoholika) Sarah Allen Benton, doradca w bostońskiej klinice psychiatrycznej, od siedmiu lat wychodząca z nałogu. W Polsce bestsellerem stała się książka trzeźwiejącej dziennikarki Bożeny Snelli-Mrozik „Piekło nie ma dna”.

To rozmowy z kobietami, które poznała na odwyku i w grupach AA. Kobietami przykładnie dbającymi o dzieci, lekarkami, prawniczkami, menedżerkami, które sięgnęły dna, choć ich znajomi i dalsza rodzina nie mieli o tym pojęcia. – Jedna z moich rozmówczyń, kiedy zapytałam ją, co mogłaby określić swoim dnem, powiedziała, że piekło go nie ma, a kiedy piła, czuła się tak, jakby była w piekle – napisała we wstępie do książki Bożena Snelli-Mrozik. Wyjście z tego piekła czasem graniczy z cudem. Bo równouprawnienie kończy się w momencie, kiedy przestają pić. – Gdy chcą trzeźwieć, budzą się w świecie, w którym nie ma litości, wręcz przeciwnie – opowiada Luiza Traczyk, była dyrektor jednej z linii lotniczych. Napisała do mnie, bo chce opowiedzieć innym kobietom swoją historię.

Trudna droga do trzeźwości

Chce, żeby nie gotowały się jak te żaby, żeby uwierzyły, że mogą wytrzeźwieć. – Co mnie uratowało? Katastrofa, ale większość alkoholików na terapii nazywa ją wołaniem o pomoc, krzykiem. Już nie dawałam rady, nie miałam siły pić, więc zapiłam alkoholem tabletki nasenne. Moja córka na szczęście była z chłopakiem w domu, wezwała karetkę pogotowia – opowiada. Obudziła się w szpitalu, kiedy lekarz liczył tabletki, które zwymiotowała. – Dziesięć! – krzyczała. – Połknęłam dziesięć! „Boże, jaki wstyd – myślała – on dłubie w moich wymiocinach”. Jeszcze gorsza była świadomość dojścia do ściany. Dalej nie mogła już iść, za tą ścianą była śmierć. Dosłownie czuła jej zimny, trupi oddech na karku. Straciła pracę, małżeństwo się rozpadło, wielki dom z jeszcze większym ogrodem właśnie próbuje sprzedać, ale po sześciu latach trzeźwienia są już pierwsze plusy. Właśnie teraz, w czasach kryzysu, udało jej się zdobyć dobrą pracę w państwowej instytucji.

Siedzimy nad sernikiem i bezą w jednej z warszawskich kafejek. Dziś nikomu, kto przypadkiem spojrzy, jak pewnie podnosi filiżankę z herbatą, nie przyszłoby nawet do głowy, że po odstawieniu alkoholu w szpitalu dostała padaczki alkoholowej, że przechodziła suche kace, takie same jak po wypiciu dużej ilości alkoholu, że miała myśli samobójcze. – Jedno jest mi bardzo trudno sobie wybaczyć. Kiedy ojciec umierał, prosił, żebym chuchnęła, bo chciał mieć pewność, że zostawia mnie na ziemi trzeźwą, że sobie poradzę.

Jeff Herten, lekarz z Kalifornii, który opisał swoje doświadczenia w poradniku „An Uncommon Drunk: Revelations of a High-Functioning Alcoholic” (Nietypowy pijak. Wyznania wysoko funkcjonującego alkoholika) twierdzi – jak zresztą większość specjalistów od leczenia uzależnień – że katastrofa jest najlepszą rzeczą, jaka może spotkać alkoholika. Ona go dosłownie budzi do życia. Czasem, jeśli jej nie przeżyje przed podjęciem leczenia, ona i tak nadejdzie, tylko we właściwym czasie. – Potwierdzamy, takie zdarzenie miało miejsce. Zatrzymana osoba trafiła na komendę w Piasecznie, gdzie spędziła noc. Miała we krwi 2,3 promila alkoholu – wyjaśniał dziennikarzom rok temu Maciej Karczyński, rzecznik stołecznej policji. Zatrzymaną osobą, która na warszawskim Ursynowie wbiła się z impetem swoim czerwonym autem Alfa Romeo w zaparkowane samochody, była Ilona Felicjańska, wicemiss Polonia, współprowadząca z Mariuszem Szczygłem pierwszy w Polsce talk-show „Na każdy temat”. Nikomu ze słuchających tego newsa nie przyszło wówczas do głowy, że ta młoda, piękna dziewczyna jest po trzyletniej terapii, że nie piła od pięciu lat. Bo nikt oprócz najbliższych nie wiedział do tej pory o jej problemie.

Prawo katastrofy

– Wróciłam do picia, bo była we mnie gdzieś głęboko w samym środku schowana chęć napicia się. Jakiś głos mi mówił: jedno piwo ci nie zaszkodzi, jest lato, zobacz, wszyscy piją. To jest pycha trzeźwiejącego alkoholika, który nie robi ze sobą nic oprócz tego, że nie pije. A skoro nie pije już od pięciu lat, zaczyna myśleć, że jego ten problem nie dotyczy. Teraz wiem na pewno, że jestem nieuleczalnie chora, ale mogę żyć i być szczęśliwa – mówi dziś. Już następnego dnia po wypadku wydała krótkie oświadczenie, w którym przyznała: „Nic nie tłumaczy mojego zachowania. Nie będę próbować w żaden sposób tłumaczyć się z tego karygodnego postępowania. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogę ponieść w wyniku prowadzenia przeze mnie samochodu pod wpływem alkoholu i z całą świadomością mam zamiar je ponieść. Pomimo że w wypadku nie uczestniczyła żadna osoba, pragnę przeprosić za moje zachowanie wszystkich, zwłaszcza moją najbliższą rodzinę oraz inne osoby, które poczuły się dotknięte przez to wydarzenie”. Skąd miała tyle cywilnej odwagi? – Tak zostałam wychowana. Mama nauczyła mnie, że uczciwość jest priorytetem, nie mogłam jej zawieść – mówi. A poza tym zrozumiała, że jeśli nie weźmie na siebie całej winy, spotka ją coś jeszcze gorszego. Bo ta lekcja musi być odrobiona.

Katastrofa ma swoje prawa. – Na pierwszą terapię zaczęłam chodzić, bo mój mąż zwrócił mi uwagę, że mogę mieć problem. Bardzo, bardzo go wtedy za to nie lubiłam, nienawidziłam wręcz, ale zaczęłam chodzić, żeby się wreszcie ode mnie odczepił. Zapijałam jeszcze przez trzy miesiące, aż się wydało. Dziś widzę, że sama chciałam, żeby tak się stało, bo w głębi duszy bardzo chciałam z piciem skończyć. Pomogła mi też wieloletnia przyjaciółka, osoba z AA, terapeutka Ania. Jestem dziś wdzięczna mężowi i Ani, że pokazali mi drogę – mówi. Teraz, po katastrofie, będzie nią iść wbrew pozorom łatwiej, ale Ilonie jeszcze trudno w to uwierzyć.

Na razie boi się ze mną rozmawiać, kilka razy zastrzega, że każde słowo, które powie "Newsweekowi”, będzie wykorzystane przeciwko niej. Gdy przyznała się do uzależnienia, tabloidy nie zostawiły na niej suchej nitki. – Ja się po prostu boję mówić jak każda pijąca kobieta w tym kraju. Wiem, jak wiele nas jest, jak bardzo szukamy pomocy, jak jest nam trudno, bo nasze społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe uznać alkoholizmu kobiet za chorobę – napisała do mnie na Facebooku.
O tym, że nie przesadza ani trochę, można się przekonać, czytając pełne wulgaryzmów i potępienia wpisy na portalach plotkarskich pod artykułami o alkoholowym wybryku na pokładzie samolotu do Chicago Edyty Olszówki, która rzuciła się na stewardesę, gdy ta nie chciała jej dać następnej butelki szampana.

Albo o Katarzynie Figurze, która spędziła noc w izbie wytrzeźwień lub prowadziła samochód mając 0,22 promila alkoholu we krwi i policja zabrała jej prawo jazdy na pół roku. Nikt się nie zastanawia, czy te ekscesy nie są przypadkiem elementem choroby alkoholowej. Wręcz przeciwnie, aktorki są odsądzane od czci i wiary. A kiedy niedawno w jednym z wywiadów Edyta Olszówka przyznaje, że nie pije alkoholu już od pięciu lat, news przemyka bez echa. „Ciągle mężczyzn podziwia się za walkę z nałogiem, kobietom się zaledwie wybacza” – pisze Ewa Woydyłło w książce „Sekrety kobiet”. Kiedy sobie uświadamiają, że są uzależnione, czują się tak strasznie upośledzone, że wolą umrzeć, niż się leczyć. Bo mężczyźni, co powtarzają wszyscy terapeuci, nawet w najgorszym stadium choroby czują coś w rodzaju dumy. Są przecież pijakami, nie ma się czego wstydzić, facetom wypada. Poza tym mężczyznom w walce z nałogiem sekunduje cała rodzina. Kiedy kobiety decydują się na terapię zamkniętą, wpadają w podwójne poczucie winy: kto zajmie się dziećmi, kto ugotuje obiad? A gdy wracają do domu, czeka na nie sterta prania i niepozmywanych garnków. Trudno w takich warunkach koncentrować się na sobie, jak radzą terapeuci, być egoistą.

– A przecież choroba alkoholowa jest chorobą emocji. Trzeba codziennie uczyć się je przeżywać, a nie kontrolować – mówi Sonia Geller. A więc, jak przyjdzie taka potrzeba, należy walić garnkami o podłogę, trzasnąć drzwiami i nie pozmywać. Pójść do kościoła, zadzwonić do terapeuty, zrobić cokolwiek dla siebie. Bo to nie jest walka z cellulitem, to jest walka o życie. Wtedy może się udać, mimo że ma się przeciwko sobie cały świat. Łącznie z tabloidami. Tak, jak udało się Stanisławie Celińskiej, wybitnej aktorce, która dziś jest kimś w rodzaju ikony trzeźwych Polek. Nałogiem zapłaciła za sukces, jaki przyszedł po „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy.

Wszyscy mówili, że jest genialna, i porównywali do Moniki Vitti, a ona bała się, że nie sprosta. Pracowała bez wytchnienia, ale ciągle podnosiła poprzeczkę, w pewnym momencie zaczęła się ścigać sama ze sobą. Potem z alkoholem i ze sobą. Potem bez alkoholu nie mogła już zapiąć guzików. Poszła wtedy do kościoła prosić Boga o pomoc. Tego dnia nie kupiła już piwa. Następnego też. Zajęła się swoim życiem. Teraz nie ściga się z nikim i z niczym. Żyje. – Choć nadal jestem alkoholiczką, bo alkoholikiem się jest do końca życia – mówi. I trudno się oprzeć wrażeniu, że jej pierwszej z polskich kobiet udało się słowo „alkoholiczka” wymawiać z dumą.





#8 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 02 marzec 2015 - 10:05

Tak trzeźwieją kobiety. Felicjańska i inne opowiadają o swoim koszmarze
Wstyd jest silniejszy od wszystkiego. Jest tak dojmujący, że kobieta woli umierać powoli na trzustkę, wątrobę, serce, byleby tylko nie przyznać, że jest alkoholiczką.

Poszłam do szpitala w Warszawie i zrobiło mi się słabo. Nie mogłam uwierzyć w to, co mówiła ta kobieta. Nie miała więcej niż pięćdziesiąt lat. Siedziała przede mną blada i powtarzała, że to wszystko z nudów. Miała spojrzenie zbitego psa, długie palce, które trzęsły się tak, jakby miały za chwilę oderwać się od dłoni. Nie była w stanie nalać soku do kubka. – No, straciłam pracę, ale mąż pracował, nie było źle, ale się nudziłam, to trochę piłam. Potem tak się stało, że coraz więcej – mówiła nieskładnie. Pan doktor poprosił o rozmowę ze mną, bo chciał, żebym zrozumiała, o czym piszę. Nie mogłam uwierzyć, że tak wygląda niegłupia, niebrzydka, niestara, niebiedna Polka na odwyku. Miałam ochotę wykrzyczeć jej to, co pewnie nieraz usłyszała od męża i syna: „Nie mogłaś malować, biegać, czytać? Musiałaś z nudów pić?”.

Alkoholiczki mają najgorzej

Ale zanim cokolwiek z siebie wykrztusiłam, przypomniały mi się słowa Ewy Woydyłło, psychoterapeutki, jednej z najlepszych w Polsce specjalistek od uzależnień: „Gdy chorą kobietę usiłuję nakłonić do leczenia, często przypomina mi się historia o żabach, którą w dzieciństwie opowiedziała mi moja matka biolog. Gdy żaby włożymy do płytkiego zbiornika z zimną wodą, a następnie zaczniemy tę wodę bardzo powoli podgrzewać, doprowadzając stopniowo do wrzenia, to one nie zauważą, że woda staje się gorętsza i gorętsza. Aż w końcu giną wszystkie ugotowane we wrzątku” – napisała w książce „Sekrety kobiet”. Wstyd jest silniejszy od wszystkiego, jest tak dojmujący, że kobiety wolą umierać powoli na trzustkę, wątrobę, serce, byleby tylko nie przyznać się, że są alkoholiczkami.

„W Polsce kobiety alkoholiczki są traktowane gorzej od księży alkoholików”, napisała do mnie Ewa Bardecka po opublikowaniu w jednym z listopadowych numerów „Newsweeka” spowiedzi księdza Wiesława Kondratowicza „Ja, ksiądz alkoholik”. Ksiądz, chociaż w sutannie, to ciągle mężczyzna, ostro pijąca kobieta też ujdzie, ale alkoholiczka? „W tym słowie jest wszystko: patologia, prostytucja, głodne dzieci – jeśli kobieta mówi o sobie, że jest alkoholiczką, to tak, jakby mówiła o sobie, że jest szmatą, nikim”. Menedżerka jednej z łódzkich restauracji określiła to tak: „Kiedy czasem mówię na jakimś przyjęciu: nie, dziękuję, nie piję, jestem uzależniona, dostaję natychmiast ten look, to spojrzenie, jakbym była z półświatka. Ludzie, ja od jedenastu lat ciężko pracuję nad sobą i jestem z tego dumna! Jest XXI wiek, my, kobiety, możemy polecieć na Księżyc, ale przyznać się do uzależnienia, co to, to nie!”.

Ale dostałam też list, który wydawał mi się jakąś surrealistyczną, niewiarygodną bzdurą. Jakimś dowcipem. Dlatego zapytałam Sonię Geller, psycholog kliniczną i psychoterapeutkę, czy opisana historia jest prawdopodobna. Odpowiedziała, że tak. – A to, co zdarzyło się tej kobiecie, bardziej zagrażało jej życiu niż operacja, którą przeszła. Elżbieta napisała: „Obudziłam się po operacji woreczka żółciowego. Nie mogłam mieć z różnych względów robionej laparoskopii, nie będę się rozpisywać dlaczego. Stał nade mną mój mąż, syn i przyjaciółka. Patrzyli na mnie z wyrzutem i pytali: dlaczego nam nie powiedziałaś? Nie miałam pojęcia, czego im nie powiedziałam, bo o tym, że mam kamienie, przecież wiedzieli. Okazało się jednak, że nie o kamienie chodzi.

Przez te kilka dni, kiedy nie przyjmowałam w szpitalu żadnej dawki alkoholu, wpadłam w delirium. Krzyczałam podobno na swojego dziadka, żeby przestał poprawiać kołdrę, choć nikogo w pobliżu nie było, telepało mną tak, jakbym miała padaczkę. Lekarze bali się, że to reakcja alergiczna na któryś z leków, aż jeden z nich, mający doświadczenie z alkoholikami, krzyknął, że to reakcja na odstawienie alkoholu. W domu latami piłam codziennie trochę wina albo co drugi dzień, najpóźniej co trzeci. Tylko czasem się upijałam, najczęściej chodziłam na lekkim, przyjemnym rauszu. Do głowy mi nie przyszło, że mój system nerwowy już bez tej dawki alkoholu nie umie funkcjonować”. Elżbieta nie pije od czterech lat, ale ciągle słyszy to ciche tykanie bomby w sobie, gdzieś głęboko pod sercem. Ono będzie z nią zawsze, bo nie może sobie pozwolić na odbezpieczenie tej bomby. „Musiałabym się przyznać w pracy, rodzinie do uzależnienia, a to oznacza utratę twarzy. Niech pani coś napisze, niech pani coś z tym zrobi, nie chcę tak dłużej żyć”.

Kobiety wpadają szybciej

A przecież wydawałoby się, że bardzo dawno temu, bo w latach 60. ubiegłego wieku, amerykański lekarz czeskiego pochodzenia Elvin Morton Jellinek opublikował przełomową pracę „Koncepcja alkoholizmu jako choroby”, w której przedstawił, w jaki sposób dochodzi do uzależnienia od alkoholu głównie u mężczyzn. Dziś wiemy już, że kobiety szybciej niż mężczyźni się uzależniają, codzienne picie szybciej uszkadza ich wątrobę i serce, podwyższa ryzyko raka piersi i zaburzeń hormonalnych. Od ostatniej dekady wiadomo także, że kobiety w niczym nie ustępują mężczyznom w ostrym piciu. Polki nie różnią się zasadniczo od Francuzek, Niemek czy Brytyjek, które balują po pracy w korporacji tak straceńczo, z urwanym filmem, wymiotami i często demolowaniem lokalu, że dorobiły się nazwy tego stylu życia w krajach anglojęzycznych – ladette culture (ang. ladette – żeńska forma słowa koleś). Kolesiówy krzyczą po pracy: „zasuwamy ostro, chlamy na umór!” To ich hasło i styl życia. – Wlewają alkohol w siebie w takich dawkach, że tylko nieliczne z nich mają szansę trafić na odwyk. Ale te, które trafiają, stanowią i tak mniej więcej połowę grupy terapeutycznej – uważa prof. Martin Plant z University of the West of England w Bristolu, specjalista od uzależnień.

W Polsce jest podobnie. – Jeszcze trzydzieści lat temu, kiedy zaczynałam pracę, kobiety w grupie terapeutycznej trafiały się rzadko, czasem jedna, czasem dwie na całą grupę. Dziś jest pół na pół – szacuje Sonia Geller. To nie musi wcale oznaczać, że wówczas piły mniej, lecz że z powodów społecznych miały większe opory przed pójściem na leczenie. Coraz popularniejsze stają się dziś tylko kobiece grupy wsparcia AA, a w szpitalach powstaje coraz więcej kobiecych oddziałów detoksykacyjnych, które jeszcze dziesięć lat temu były rzadkością. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że trafiają na nie głównie Polki w wieku produkcyjnym, wypalone pościgiem za sukcesem, profesjonalistki z wyższych klas społecznych między 30. a 40. rokiem życia. Niestety, coraz liczniej dołączają do nich kobiety jeszcze młodsze – między 18. a 30. rokiem życia. Co dziesiąta kobieta w tym wieku pije dziś w Polsce w sposób destrukcyjny. – Polki, podobnie jak Amerykanki czy Brytyjki płacą dziś cenę uzależnienia od alkoholu za stres związany z bardzo silną konkurencją na rynku pracy. To uboczny efekt emancypacji – twierdzi Ewa Woydyłło. To kobiety, które bardzo długo potrafią funkcjonować na najwyższych obrotach i stanowiskach.

Alkohol jest niezbędnym dopalaczem, więc długo nie dostrzegają problemu. „Nikt nie myślał o mnie jako alkoholiczce. Moje sukcesy były maską, pod którą chowałam demony” – napisała w niedawno wydanej w USA książce „Understanding the High-Functioning Alcoholic” (Zrozumieć wysoko funkcjonującego alkoholika) Sarah Allen Benton, doradca w bostońskiej klinice psychiatrycznej, od siedmiu lat wychodząca z nałogu. W Polsce bestsellerem stała się książka trzeźwiejącej dziennikarki Bożeny Snelli-Mrozik „Piekło nie ma dna”.

To rozmowy z kobietami, które poznała na odwyku i w grupach AA. Kobietami przykładnie dbającymi o dzieci, lekarkami, prawniczkami, menedżerkami, które sięgnęły dna, choć ich znajomi i dalsza rodzina nie mieli o tym pojęcia. – Jedna z moich rozmówczyń, kiedy zapytałam ją, co mogłaby określić swoim dnem, powiedziała, że piekło go nie ma, a kiedy piła, czuła się tak, jakby była w piekle – napisała we wstępie do książki Bożena Snelli-Mrozik. Wyjście z tego piekła czasem graniczy z cudem. Bo równouprawnienie kończy się w momencie, kiedy przestają pić. – Gdy chcą trzeźwieć, budzą się w świecie, w którym nie ma litości, wręcz przeciwnie – opowiada Luiza Traczyk, była dyrektor jednej z linii lotniczych. Napisała do mnie, bo chce opowiedzieć innym kobietom swoją historię.

Trudna droga do trzeźwości

Chce, żeby nie gotowały się jak te żaby, żeby uwierzyły, że mogą wytrzeźwieć. – Co mnie uratowało? Katastrofa, ale większość alkoholików na terapii nazywa ją wołaniem o pomoc, krzykiem. Już nie dawałam rady, nie miałam siły pić, więc zapiłam alkoholem tabletki nasenne. Moja córka na szczęście była z chłopakiem w domu, wezwała karetkę pogotowia – opowiada. Obudziła się w szpitalu, kiedy lekarz liczył tabletki, które zwymiotowała. – Dziesięć! – krzyczała. – Połknęłam dziesięć! „Boże, jaki wstyd – myślała – on dłubie w moich wymiocinach”. Jeszcze gorsza była świadomość dojścia do ściany. Dalej nie mogła już iść, za tą ścianą była śmierć. Dosłownie czuła jej zimny, trupi oddech na karku. Straciła pracę, małżeństwo się rozpadło, wielki dom z jeszcze większym ogrodem właśnie próbuje sprzedać, ale po sześciu latach trzeźwienia są już pierwsze plusy. Właśnie teraz, w czasach kryzysu, udało jej się zdobyć dobrą pracę w państwowej instytucji.

Siedzimy nad sernikiem i bezą w jednej z warszawskich kafejek. Dziś nikomu, kto przypadkiem spojrzy, jak pewnie podnosi filiżankę z herbatą, nie przyszłoby nawet do głowy, że po odstawieniu alkoholu w szpitalu dostała padaczki alkoholowej, że przechodziła suche kace, takie same jak po wypiciu dużej ilości alkoholu, że miała myśli samobójcze. – Jedno jest mi bardzo trudno sobie wybaczyć. Kiedy ojciec umierał, prosił, żebym chuchnęła, bo chciał mieć pewność, że zostawia mnie na ziemi trzeźwą, że sobie poradzę.

Jeff Herten, lekarz z Kalifornii, który opisał swoje doświadczenia w poradniku „An Uncommon Drunk: Revelations of a High-Functioning Alcoholic” (Nietypowy pijak. Wyznania wysoko funkcjonującego alkoholika) twierdzi – jak zresztą większość specjalistów od leczenia uzależnień – że katastrofa jest najlepszą rzeczą, jaka może spotkać alkoholika. Ona go dosłownie budzi do życia. Czasem, jeśli jej nie przeżyje przed podjęciem leczenia, ona i tak nadejdzie, tylko we właściwym czasie. – Potwierdzamy, takie zdarzenie miało miejsce. Zatrzymana osoba trafiła na komendę w Piasecznie, gdzie spędziła noc. Miała we krwi 2,3 promila alkoholu – wyjaśniał dziennikarzom rok temu Maciej Karczyński, rzecznik stołecznej policji. Zatrzymaną osobą, która na warszawskim Ursynowie wbiła się z impetem swoim czerwonym autem Alfa Romeo w zaparkowane samochody, była Ilona Felicjańska, wicemiss Polonia, współprowadząca z Mariuszem Szczygłem pierwszy w Polsce talk-show „Na każdy temat”. Nikomu ze słuchających tego newsa nie przyszło wówczas do głowy, że ta młoda, piękna dziewczyna jest po trzyletniej terapii, że nie piła od pięciu lat. Bo nikt oprócz najbliższych nie wiedział do tej pory o jej problemie.

Prawo katastrofy

– Wróciłam do picia, bo była we mnie gdzieś głęboko w samym środku schowana chęć napicia się. Jakiś głos mi mówił: jedno piwo ci nie zaszkodzi, jest lato, zobacz, wszyscy piją. To jest pycha trzeźwiejącego alkoholika, który nie robi ze sobą nic oprócz tego, że nie pije. A skoro nie pije już od pięciu lat, zaczyna myśleć, że jego ten problem nie dotyczy. Teraz wiem na pewno, że jestem nieuleczalnie chora, ale mogę żyć i być szczęśliwa – mówi dziś. Już następnego dnia po wypadku wydała krótkie oświadczenie, w którym przyznała: „Nic nie tłumaczy mojego zachowania. Nie będę próbować w żaden sposób tłumaczyć się z tego karygodnego postępowania. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogę ponieść w wyniku prowadzenia przeze mnie samochodu pod wpływem alkoholu i z całą świadomością mam zamiar je ponieść. Pomimo że w wypadku nie uczestniczyła żadna osoba, pragnę przeprosić za moje zachowanie wszystkich, zwłaszcza moją najbliższą rodzinę oraz inne osoby, które poczuły się dotknięte przez to wydarzenie”. Skąd miała tyle cywilnej odwagi? – Tak zostałam wychowana. Mama nauczyła mnie, że uczciwość jest priorytetem, nie mogłam jej zawieść – mówi. A poza tym zrozumiała, że jeśli nie weźmie na siebie całej winy, spotka ją coś jeszcze gorszego. Bo ta lekcja musi być odrobiona.

Katastrofa ma swoje prawa. – Na pierwszą terapię zaczęłam chodzić, bo mój mąż zwrócił mi uwagę, że mogę mieć problem. Bardzo, bardzo go wtedy za to nie lubiłam, nienawidziłam wręcz, ale zaczęłam chodzić, żeby się wreszcie ode mnie odczepił. Zapijałam jeszcze przez trzy miesiące, aż się wydało. Dziś widzę, że sama chciałam, żeby tak się stało, bo w głębi duszy bardzo chciałam z piciem skończyć. Pomogła mi też wieloletnia przyjaciółka, osoba z AA, terapeutka Ania. Jestem dziś wdzięczna mężowi i Ani, że pokazali mi drogę – mówi. Teraz, po katastrofie, będzie nią iść wbrew pozorom łatwiej, ale Ilonie jeszcze trudno w to uwierzyć.

Na razie boi się ze mną rozmawiać, kilka razy zastrzega, że każde słowo, które powie "Newsweekowi”, będzie wykorzystane przeciwko niej. Gdy przyznała się do uzależnienia, tabloidy nie zostawiły na niej suchej nitki. – Ja się po prostu boję mówić jak każda pijąca kobieta w tym kraju. Wiem, jak wiele nas jest, jak bardzo szukamy pomocy, jak jest nam trudno, bo nasze społeczeństwo nie jest jeszcze gotowe uznać alkoholizmu kobiet za chorobę – napisała do mnie na Facebooku.
O tym, że nie przesadza ani trochę, można się przekonać, czytając pełne wulgaryzmów i potępienia wpisy na portalach plotkarskich pod artykułami o alkoholowym wybryku na pokładzie samolotu do Chicago Edyty Olszówki, która rzuciła się na stewardesę, gdy ta nie chciała jej dać następnej butelki szampana.

Albo o Katarzynie Figurze, która spędziła noc w izbie wytrzeźwień lub prowadziła samochód mając 0,22 promila alkoholu we krwi i policja zabrała jej prawo jazdy na pół roku. Nikt się nie zastanawia, czy te ekscesy nie są przypadkiem elementem choroby alkoholowej. Wręcz przeciwnie, aktorki są odsądzane od czci i wiary. A kiedy niedawno w jednym z wywiadów Edyta Olszówka przyznaje, że nie pije alkoholu już od pięciu lat, news przemyka bez echa. „Ciągle mężczyzn podziwia się za walkę z nałogiem, kobietom się zaledwie wybacza” – pisze Ewa Woydyłło w książce „Sekrety kobiet”. Kiedy sobie uświadamiają, że są uzależnione, czują się tak strasznie upośledzone, że wolą umrzeć, niż się leczyć. Bo mężczyźni, co powtarzają wszyscy terapeuci, nawet w najgorszym stadium choroby czują coś w rodzaju dumy. Są przecież pijakami, nie ma się czego wstydzić, facetom wypada. Poza tym mężczyznom w walce z nałogiem sekunduje cała rodzina. Kiedy kobiety decydują się na terapię zamkniętą, wpadają w podwójne poczucie winy: kto zajmie się dziećmi, kto ugotuje obiad? A gdy wracają do domu, czeka na nie sterta prania i niepozmywanych garnków. Trudno w takich warunkach koncentrować się na sobie, jak radzą terapeuci, być egoistą.

– A przecież choroba alkoholowa jest chorobą emocji. Trzeba codziennie uczyć się je przeżywać, a nie kontrolować – mówi Sonia Geller. A więc, jak przyjdzie taka potrzeba, należy walić garnkami o podłogę, trzasnąć drzwiami i nie pozmywać. Pójść do kościoła, zadzwonić do terapeuty, zrobić cokolwiek dla siebie. Bo to nie jest walka z cellulitem, to jest walka o życie. Wtedy może się udać, mimo że ma się przeciwko sobie cały świat. Łącznie z tabloidami. Tak, jak udało się Stanisławie Celińskiej, wybitnej aktorce, która dziś jest kimś w rodzaju ikony trzeźwych Polek. Nałogiem zapłaciła za sukces, jaki przyszedł po „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy.

Wszyscy mówili, że jest genialna, i porównywali do Moniki Vitti, a ona bała się, że nie sprosta. Pracowała bez wytchnienia, ale ciągle podnosiła poprzeczkę, w pewnym momencie zaczęła się ścigać sama ze sobą. Potem z alkoholem i ze sobą. Potem bez alkoholu nie mogła już zapiąć guzików. Poszła wtedy do kościoła prosić Boga o pomoc. Tego dnia nie kupiła już piwa. Następnego też. Zajęła się swoim życiem. Teraz nie ściga się z nikim i z niczym. Żyje. – Choć nadal jestem alkoholiczką, bo alkoholikiem się jest do końca życia – mówi. I trudno się oprzeć wrażeniu, że jej pierwszej z polskich kobiet udało się słowo „alkoholiczka” wymawiać z dumą.

#9 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 01 maj 2015 - 12:10

Dołączona grafika

#10 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 03 czerwiec 2015 - 12:50


Stanisława Celińska „Wielka Słota”
03cze Dołączona grafika Znakomita aktorka , piosenkarka zachwyca koleiny raz. Stanisława Celińska nagrała płytę pt. Atramentowa. Pierwszym utworem, który usłyszałem z płyty jest kompozycja pt. „Czerń i biel” notowana na liście radiowego Programu 3.

Stanisława Celińska zagrała wiele wspaniałych ról. Debiutowała na srebrnym ekranie u Andrzeja Wajdy w filmie „Krajobraz po bitwie”. Od tamtej pory tutaj od roku 1970 kolejne jej role choć drugoplanowe to jednak są zapamiętane przez widzów. Jej mentorką i nauczycielką była Ryszarda Hanin.

Zachwycony pierwszym utworem wysłuchałem całej płyty i szczególna uwagę zwróciłem na piosenkę „Wielka słota”. Tekst piosenki napisał Muniek Staszczyk. Zawarł w niej rozliczenie się matki alkoholiczki z synem. Przejmująca kompozycja trafnie opisująca stany w chorobie alkoholowej. Zaśpiewała go pani Stanisława w duecie z Muńkiem. Na płycie jest jeszcze jeden utwór zaśpiewany w duecie z Katarzyną Nosowską.





Pani Celińska jest jedna z pierwszych artystek która przyznała się do alkoholizmu. Od lat jest trzeźwą osobą mówiącą otwarcie o chorobie.

Warto poświęcić kilka chwil aby wysłuchać utworów z płyty. Pani Stanisław Celińska zabiera nas w niej w wspaniałą podróż.

Oto fragment tekstu „Wielkiej słoty”

Wybaczam ci wszystko , bo wiem że mnie kochałaś
Wybaczam ci wszystko bo wiem , że źle nie chciałaś
Bo picie wódy to nie jest fajna rzecz , sam o tym dobrze dziś wiem
Ty też to dzisiaj wiesz , o mamo mamo proszę cię ; wracaj do domu
Bo picie wódy to nie jest fajna rzecz , sam o tym dobrze dziś wiem
Ty też to dzisiaj wiesz , o mamo mamo proszę cię ; wracaj do domu…





#11 Użytkownik nie jest zalogowany   Iwona 

  • PipPipPipPipPipPipPip
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Members
  • Postów: 481
  • Rejestracja: 10-luty 12

Napisano 03 czerwiec 2015 - 13:01

nie udalo mi sie odnalesc na Youtube teledysku wielkiej sloty. to zamieszczam inna , tez ciekawa i warta wysluchania.

https://www.youtube....h?v=VqYcAKYsWgs




Udostępnij ten temat:


Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych